testujemy gran turismo 6

Testujemy Gran Turismo 6!

przez • 20/12/2013 • Gry, WiadomościKomentarze (0)

Z założenia wszystko co nowsze jest lepsze, a to w świecie gier powinno oznaczać, że najświeższe wydanie Gran Turismo 6 góruje nad „piątką”. Istnieje jednak prawdopodobieństwo, że jest na odwrót i mamy do czynienia z wyjątkiem potwierdzającym regułę. Czy Polyphony Digital poszło naprzód ze swoim najnowszym produktem czy też nastąpił swoisty regres na wzór Renault Clio RS czwartej generacji?

Tak naprawdę GT6 jest jedynie rozwinięciem piątej edycji tego tytułu. Widać to chociażby po grafice, która może i jest lepsza, ale niemalże niezauważalnie. Inny jest też interface, który zasługuje na gromkie brawa – jest znacznie lepszy, bardziej intuicyjny, przyjazny użytkownikowi. Dominuje prostota i przejrzystość, wszystko można znaleźć w miarę bezproblemowo, nie błądząc przy tym w labiryntach, które miejmy nadzieję, porzucono raz na zawsze w poprzednim wydaniu tej gry. Co najważniejsze, znacznie szybciej można się poruszać po menu, czas oczekiwania na wczytanie mocno ukrócono!

Przy pierwszym odpaleniu, swoje „dziewicze” okrążenie „zaliczymy” w Renault Clio RS ’11. Trzeba być przygotowanym na przerywany stosunek, wszakże jesteśmy tylko nowicjuszami instruowanymi kroczek po kroczku. Pierwsze wrażenia są całkiem pozytywne – opory na kierownicy są większe dzięki czemu wzmaga to poczucie realizmu. Zachowanie samochodu wydaje się być poprawione, lepiej reaguje na każdą prowokację nadsterowności – na dłuższym lewym łuku szarpiemy kierownicę w prawo, potem w lewo w międzyczasie odpuszczając gaz, następnie kontra i lecimy już „bokiem”. W GT5 samochody były pod tym względem znacznie bardziej stłumione.

Dostajemy pierwsze pieniądze za przejechanie tejże próby. Oczywiście musimy je przeznaczyć na zakup własnego samochodu. „Wybór” przymusowo pada na Hondę i konkretnie model Fit RS ’10 – jedyne co jest od nas zależne to jej kolor. I teraz w głównym menu możemy wybrać opcję Single Player, Multiplayer bądź spośród Class jedyną dostępną, na początku, serię wyścigów „Novice”. Chyba, że zamiast skupiać się na karierze i doskonaleniu swoich umiejętności, chcemy zmodyfikować nasz nowy nabytek. W tym celu należy przejść do usług, serwisowania i tuningu (Services & Tuning).

Jako, że Fit RS nie jest naszym wymarzonym samochodem, postanowiliśmy piąć się po szczeblach kariery i zdobyć pieniądze na zakup czegoś mocniejszego, najlepiej tylnonapędowego! Nasz pierwszy wybór padł na Hyundaia Genesisa Coupe 3.8 Track ’13. Następnie w trybie Single Player wybraliśmy Tsukuba Circuit, najbardziej spopularyzowany w rozgrywkach online tor do driftu w GT5. Spośród trzech trybów rozgrywki (tu się nic nie zmieniło) zrezygnowaliśmy z wyścigu i czasówki na rzecz driftu. Ten ostatni z kolei rozgałęzia się na sektory bądź pełne okrążenia.

Wspominając najlepsze chwile spędzone za kierownicą prawdziwego Hyundaia Genesisa Coupe, z uśmiechem na twarzy ruszyliśmy z miejsca – tym razem w świecie wirtualnym! Samochód ten w rzeczywistości świetnie wykonywał wszelkie polecenia kierowcy, można nim było w nieskończoność mknąć kontrolowanymi poślizgami. Auto do bólu szczere i bezkompromisowe! W grze z kolei trafiliśmy na mur nie do pokonania. Po raz pierwszy odczułem swoisty niesmak grając w tę grę. To co się działo z samochodem było dla mnie czymś zupełnie obcym i sztucznym, nie mającym zbyt wiele wspólnego z prawdziwym symulatorem jakim z pewnością jest GT5. Samochód miał dziwne tendencje do obracania się wokół własnej osi, strasznie ciężko było wyczuć w nim granicę pomiędzy przyczepnością, a uślizgiem kół.

Fakt faktem, wybór mój padł na samochód, który nie był dostępny w GT5, więc być może totalnie skopali jego odwzorowanie w grze? Pełen nadziei, wróciłem do robienia postępów w karierze po to by zdobyć kolejne pieniądze na zakup nowego samochodu. Tym razem wybrałem Toyotę GT86, którą się wybawiłem i w rzeczywistości, i w Gran Turismo 5. Od razu zawitałem do sklepu z felgami i kupiłem piękne 19-calowe OZ, wybrane spośród dziesiątek innych możliwości (nieporównywalnie większy wybór niż w GT5)! Stary schemat, czyli Tsukuba Circuit. Jest nieco lepiej, ale wciąż niewyjaśnione po dzień dzisiejszy rzeczy działy się z tym autem. Po wprowadzeniu samochodu w poślizg powinienem móc przy odpowiedniej kontrze, lekkimi ruchami kierownicy korygować tor jazdy, kontrolując samochód głównie gazem.  Nic z tych rzeczy, trzeba było się namęczyć, nakręcić, a o całości ciężko było powiedzieć, że to kontrolowany poślizg. To była tylko dziwna walka z fizyką gry… Nową, czyli „lepszą”!

Niczym Sherlock Holmes kontynuowałem konfrontowanie gry z rzeczywistością żeby dociec czy całość została schrzaniona, czy tylko pojedyncze samochody. Corvette Stingray C7 – tak dużo mocy i tylny napęd powinien umożliwić doświadczonemu kierowcy zrobienie z tym autem niemalże czego tylko zechce. W rzeczywistości i owszem, ale nie w Gran Turismo pięć i pół (6). Jest jeszcze gorzej, ta gra ciągle mnie pogrąża jako kierowcę.

W pewnym momencie przelało się we mnie. Po nieudanej próbie w kolejnym rewelacyjnym „driftowozie” jakim jest SLS AMG, stwierdziłem, że dość już tego. Odpaliłem Gran Turismo 5 i znowu poczułem, że gram w prawdziwy symulator! Najprawdziwszy z najprawdziwszych! Drugi bieg, długa prosta, na początku łuku jedziemy wzdłuż tarki, po czym maksymalnie wciskamy pedał gazu, obracamy kierownicę w przeciwnym kierunku i korygujemy tor jazdy pedałem gazu oraz lekkimi ruchami kierownicą. Zupełnie jak w rzeczywistości. Tak jak w GT86, Genesisie Coupe czy 370Z Nismo. Istny geniusz. Świetna fizyka gry, niesamowite odzwierciedlenie prawdziwych zachowań samochodu! Już wcześniej GT5-tka była taką grą, do której można było wrócić po paru miesiącach przerwy i grać jakby to się robiło nieprzerwanie dzień w dzień. Tylko przy pierwszej styczności trzeba się w nią wgrać, nauczyć czucia feedbacku jedynie na kierownicy. Potem jest już jak w rzeczywistości. A po premierze GT6, GT5 zyskało nawet jeszcze więcej – zdeklasowało swojego następcę, znokautowało, położyło na łopatki!

Ogólnie wszystko w Gran Turismo 6 jest lepsze niż w poprzednim wydaniu tej gry. Podobać się może powiększona lista czasówek, która w „piątce” ograniczona była do skromnej liczby 10-ciu najlepszych. Łatwiej teraz też zmienić samochód, nie trzeba wychodzić do głównego menu, już przy wyborze toru można tego dokonać! Za pomysłowy należy uznać wymóg robienia licencji w celu przejścia do nowej serii – w poprzednim wydaniu tej gry można było totalnie pominąć tę opcję. Niestety zachowania samochodu popsuli, czego dowodem jest to, że niektórych samochodów nijak nie da się opanować – chociażby Pagani Huayry czy też Lotusa Evory. Ten drugi w GT5 prowadził się jak marzenie i był perfekcyjnie stabilny. Tutaj jakiekolwiek odpuszczenie gazu w najlepszym wypadku kończy się mocną i szybką kontrą. Nawet najdziksze samochody takie jak Corvette C6 Z06 i ZR1 były bardzo przyjemnie wymagające, wręcz potulne w porównaniu do tych z szóstki! Największym zawodem jest drift, podczas którego dochodzimy do pewnego momentu kiedy nie możemy po prostu mknąć dalej bokiem… albo dodamy gazu i według interpretacji gry będzie to za dużo i po prostu zanurkujemy wewnątrz zakrętu bądź nas obróci. Nie pomoże nawet głębsza kontra. Ba! Nie wpłynie ona w ogóle na tor jazdy, to jest niedorzeczne! W innym zaś wypadku dodamy za mało gazu, przez co po prostu nas wyprostuje… Byłoby to w porządku gdyby dało się znaleźć coś pomiędzy, jak w GT5. Tam możliwe było wyczucie tej granicy z równą gracją co i w rzeczywistości. No i tak na koniec – być może jest to dzieło przypadku, ale tak jak na przestrzeni dwóch lat piąte wydanie Gran Turismo zawiesiło mi się dwa razy, tak już szóstka po niespełna tygodniu aż raz… Wielka szkoda, duży zawód. Gdyby zostawili właściwości jezdne w spokoju, ta gra byłaby warta zakupu, a tak to jako 30kmh.pl dziękujemy… i jako Lucjan Próchnica również dziękuję!

Podobne artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *